Na przełomie roku zdecydowałam się na udział w 8-dniowych rekolekcjach ignacjańskich, których reguła bazuje na zachowaniu całkowitej ciszy – zero rozmów, brak telefonu, czas na medytacje, kontemplacje i głębokie wejście w siebie. Rekolekcje to czas rozwoju duchowego, ale tym mogę podzielić się z Tobą w rozmowie bezpośredniej. Tutaj chcę podzielić się rozwojem osobowym, który się u mnie zadział i który może dać Tobie inspirację do działania.

Czego doświadczyłam po wyłączeniu komórki i wejściu w ciszę?

Po pierwsze: poczułam głęboki spokój.

Odcięcie się od natłoku informacji, szczególnie tych negatywnych, którymi każdego dnia forsują nas media, YouTube czy podcasty, jest niezwykle uwalniające. Zrewidowałam to, czego słucham na co dzień, a mając „input” w Gallupie, słuchałam dużo – bardzo dużo – podcastów geopolitycznych, biznesowych i rozwojowych.

Produkcja treści w erze ekonomii uwagi (attention economy) bazuje często na mechanizmach behawioralnych człowieka – strach vs. korzyść, ból vs. przyjemność. Zobaczyłam z perspektywy tych ośmiu dni, jak „kompulsywnie”, karmiąc się treściami (paradoksalnie bardzo ciekawymi i wartościowymi), karmiłam się również tymi emocjami, generując jeszcze większy głód bycia na bieżąco (Fear of Missing Out).

Dzisiaj zamiast FOMO ćwiczę JOMO – czyli Joy of Missing Out – wybieram intencjonalnie, że czegoś nie posłucham, nie zobaczę, nie pójdę na dane wydarzenie, nie pokażę czegoś w mediach społecznościowych. Świadome podejmowanie decyzji daje ogromną wolność i spokój. A ograniczenie ilości treści pozwala na głębsze refleksje i bardziej indywidualne myślenie.

Po drugie: uświadomiłam sobie, że nie jestem taka ważna.

Po włączeniu milczenia i postawy skupienia znika większość zewnętrznych komunikatów statusu. Wyobraź sobie, że dzielisz czas z grupą prawie stu (100) osób w milczeniu: jecie wspólne posiłki, mijacie się na korytarzach czy w salach medytacji, nic o sobie nie wiedząc. Nie ma znaczenia, czy masz wizytówkę z podpisem CEO, jakim jeździsz autem, ilu masz followersów na LinkedInie ani jakie miejsce zajmujesz w rankingu „Forbesa”. Jedyne, co widać i czuć, to Twoja energia, aura, ciepło, życzliwość.

Ten czas bardzo mi uświadomił, jak (nadmiernie) dużo uwagi przywiązywałam wcześniej do wizerunku zewnętrznego – czyli tego, jak widzą mnie inni. Trudno było mi to przyznać nawet przed sobą: że lubię łechtać moje ego uznaniem, że uzależniam moje poczucie wartości od świata zewnętrznego.

Czas w ciszy porządkuje i ustawia perspektywę, nadaje wartość temu, co jest istotne, a odsuwa na dalszy plan to, co jest tylko opakowaniem. I nie chodzi o odrzucenie bogactwa materialnego, tytułów korporacyjnych czy naukowych – chodzi o zrozumienie, że one nie są celem; mogą być jedynie środkami do realizacji celu.

Dla mnie był to czas wzmocnienia świadomości tego, kim jestem (oraz kim nie jestem – co było nawet trudniejsze) i po co jestem (jakie mam powołanie). Jeszcze mocniej ugruntowała się moja tożsamość jako coacha, konsultantki i trenerki, która pomaga innym w rozwoju komunikacji i wpływu. Ta misja opiera się na służeniu ludziom, którzy do mnie przychodzą – w odkrywaniu swojego głosu, budowaniu odwagi do występowania oraz rozwijaniu (pozytywnego) wpływu na innych i świat.

Wyłączenie social mediów i włączenie ciszy pokazuje coś oczywistego, o czym czasem zapominamy: że realnym wskaźnikiem wartości nie są lajki, lecz ludzie, którzy doświadczyli dobra dzięki nam. Z ogromną uważnością będę budować moją obecność w przestrzeni publicznej (tzw. markę osobistą), tak aby dawała ona wartość innym, a nie napędzała próżność.

Po trzecie: odkryłam na nowo moc ciszy w relacji.

Odosobnienie, rekolekcje, to metaforyczne wyjście na pustynię – wyjście ze świata bodźców do świata wewnętrznego. I tutaj niespodzianka: wewnątrz wcale nie jest cicho. Wręcz przeciwnie – słyszysz rzeczy wcześniej zagłuszane przez codzienność (zajętość, muzykę, podcasty, filmy, spotkania, pracę, obowiązki itp.). Słyszysz rzeczy o sobie, opinie o innych, oceny tego, co się dzieje – głośno i wyraźnie.

Ten głos wewnętrzny pokazuje Ci, jaką jesteś osobą, a cisza daje przestrzeń, by się skonfrontować z tym, co słyszysz i jak się z tym czujesz. Realnie nie masz wyboru, bo nie możesz w nic innego uciec. Ja przeżywałam różne emocje – od złości, rozczarowania, wstydu i smutku, aż po akceptację, lekkość, euforię i wolność.

Takie stanięcie w prawdzie, twarzą w twarz ze sobą, pozwala stanąć przed drugim człowiekiem i prawdziwie (bez etykiet, filtrów, oczekiwań i projekcji) go zobaczyć. To ważna lekcja i niezwykle cenna praktyka. Pokazała mi ona, że droga do usłyszenia drugiego zaczyna się od ciszy w sobie – od obecności i ciekawości. Usłyszenie się nawzajem jest warunkiem prawdziwej relacji – zarówno w biznesie, jak i w życiu osobistym. Wiemy o tym, a jednak tak często trudno to wdrożyć.

W mojej branży – komunikacji perswazyjnej, prezentacji publicznych i wpływu – kładziemy ogromny nacisk na zabieranie głosu, komponowanie poruszających wystąpień i charyzmę sceniczną, a jednocześnie minimalizujemy znaczenie ciszy, czyli słuchania. W metodzie Story Seekers, z którą pracuję od ponad 10 lat, nazywamy to „story-tending” – czyli słuchaniem łączącym. Mike Bosworth, twórca metody, mówi: „opowiadasz swoją historię nie po to, by się pochwalić, ale po to, by zbudować przestrzeń dla drugiej osoby do podzielenia się jej historią”. Cisza uczy budowania tej przestrzeni dla innych. Jest bramą do zaufania, relacji i współpracy.

Kończę z refleksją, że cisza to luksus, na który jest nas stać – i na który powinno nas stać – w drodze rozwoju osobowego (psychofizycznego, duchowego i społecznego). Ja z pewnością na stałe wprowadzę tygodnie ciszy do mojej drogi rozwojowej, by odkrywać pełnię życia i lepiej poznawać siebie.